Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Niemcy. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Niemcy. Pokaż wszystkie posty

Tropical Islands

Otóż okazuje się, że największy kryty park wodny znajduje się za naszą zachodnią granicą, po drugiej stronie Odry. Kompleks zlokalizowany jest w Niemczech, w kraju związkowym Brandenburgia w powiecie Dahme-Spreewald, w gminie Halbe w dzielnicy Brand, około 60 km na południe od Berlina, około 100 km na północ od Drezna, około 90 km na zachód od przejścia granicznego w Gubinie.
Zacznijmy więc od historii obiektu. Otóż w latach 1938-45 w miejscu dzisiejszej hali powstało lotnisko wojskowe niemieckich sił powietrznych. Pod koniec II wojny światowej, lotnisko to służyło jako miejsce przygotowywania operacji powietrzno-lądowych, oraz jako zapasowe lotnisko dla samolotów myśliwskich. W roku 1945 armia radziecka przejęła władzę nad tym terenem. Szybko powstało tam jedno z pierwszych i zarazem największych lotnisk wojskowych NRD.

Tak było do roku 1992, kiedy to teren przeszedł pod zarząd Kraju Związkowego Brandenburgii. Wtedy to przystąpiono do oczyszczania podłoża z amunicji i zanieczyszczeń. 6 lat po tym, teren wykupiła firma CargolifterAG. Chciała ona stworzyć na tym miejscu bazę sterowców. Zbudowano halę, oraz sprowadzono z USA prototyp sterowca CargoLifter CL75 AirCrane. Niestety w lipcu roku 2002 niepoprawnie zabezpieczony sterowiec został zniszczony, co doprowadziło do upadku firmy kilka lat później.
W roku 2003 teren wraz z halą został zakupiony za 17,5mln euro przez malezyjskie konsorcjum Tanjong PLC/Colin Au, które stworzyło tam park wodny Tropical Islands. Jako, że hala została pierwotnie wybudowana dla sterowców, nie posiada ona żadnych podpór wewnątrz. Posiada 60 000m² przestrzeni użytkowej, zaś wymiary obiektu to 360 metrów długości, 210 szerokości i 107 wysokości. Do budowy obiektu wykorzystano 14 000 ton stali. Wewnątrz mieści się 5 000 000 metrów sześciennych powietrza, którego temperatura utrzymywana jest na poziome 26 stopni Celsjusza.
Hala posiada dosyć ciekawą, aczkolwiek niewykorzystywaną funkcję. Jako, że sterowce musiały się jakoś wydostać z hangaru, posiada on 6 przesuwalnych segmentów. Ważą one 600 ton i otwierają się w ciągu 20 minut. Niestety nie będzie nam raczej dane zobaczyć tego, gdyż ta funkcjonalność nie jest obecnie wykorzystywana.
Co z wejściem na teren obiektu? Otóż wykupuje się bilet jednorazowy, który pozwala nam na przebywanie na terenie obiektu przez dowolną ilość czasu. Trzeba mieć jednak na uwadze, że o godzinie 3 w nocy pobierana jest opłata nocna. Nocleg w namiocie kosztuje 24,5 euro, zaś wynajęcie bungalowu to koszt 49 euro. Ośrodek działa oczywiście 24 godziny na dobę, 7 dni w tygodniu i 365 dni w roku.
Na ciekawskich czekają atrakcje takie jak 20-metrowy wjazd windą i podziwianie widoków, oraz lot balonem nad Lasem Tropikalnym, na wysokości około 55 metrów. Park posiada stronę internetową w języku polskim, dostępną w źródłach artykułu.
źródło: www.przezswiat.pl,

Niemiec, który zdezerterował z Wehrmachtu, by… służyć w Armii Krajowej!

 Manfred Zanker miał zostać nazistą, jak ojciec. Syn działacza NSDAP stwierdził jednak, że nie będzie narażał życia dla szaleńca z wąsikiem. Wagarował z zajęć w Hitlerjugend. By uniknąć poboru do armii, próbował uciec do Szwajcarii. Wreszcie zdezerterował z Wehrmachtu i… wstąpił do polskiej partyzantki. Ten życiorys po prostu trzeba znać! 

W moje ręce powierza się wychowanie narodowe Niemców. Już ja się tym zajmę – zanotował w swoim dzienniku Joseph Goebbels w sierpniu 1932 roku. I dotrzymał słowa. Nazistowska propaganda była obecna na ekranach kin, w radiu, teatrze, szkołach, na uniwersytetach.
Jednym ze sposobów na „wychowanie narodu niemieckiego” było też Hitlerjugend, organizacja młodzieżowa związana z partią nazistowską. Dla Oswina Zankera, pełniącego kierownicze stanowisko w partii w Budziszynie, zapisanie syna Manfreda do Hitlerjugend, było kwestią honoru.
"W moje ręce powierza się wychowanie narodowe Niemców. Już ja się tym zajmę" - obiecywał sobie Joseph Goebbels. Słowa dotrzymał (źródło: Bundesarchiv, lic.: CC-BY-SA 3.0).
„W moje ręce powierza się wychowanie narodowe Niemców. Już ja się tym zajmę” – obiecywał sobie Joseph Goebbels. Słowa dotrzymał (źródło: Bundesarchiv, lic.: CC-BY-SA 3.0).

Syn nazisty – pacyfistą

Jak większość Niemców, Oswin Zanker po I wojnie światowej zmagał się z biedą. Dopiero po 1933 roku, gdy naziści doszli do władzy, z obwoźnego handlarza stał się zarządcą dużego domu towarowego. Przepełniała go wdzięczność. Wyobrażał sobie, że syn będzie pomagał w budowie narodowej ojczyzny.
Manfred miał jednak inne plany. Chłopaka nie interesowała służba ani partia nazistowska. Nie dla niego zabawa w wojnę. Wolał godzinami patrzeć na rośliny i zwierzęta. Zbierał motyle. Podobno chciał zostać biologiem.
Manfredowi Zankerowi nie po drodze było z ulizanymi kolegami z Hitlerjugend. Codzienna musztra i stanie w szeregu? To nie jego bajka! (źródło: Bundesarchiv, lic.: CC-BY-SA 3.0).
Manfredowi Zankerowi nie po drodze było z ulizanymi kolegami z Hitlerjugend. Codzienna musztra i stanie w szeregu? To nie jego bajka! (źródło: Bundesarchiv, lic.: CC-BY-SA 3.0).
Z zajęć w Hitlerjugend Manfred notorycznie wagarował. Były to jego pierwsze próby ucieczki przed systemem totalitarnym. Ku rozpaczy ojca, nie popierał hitlerowców. Syn nazisty wyrastał na pacyfistę – wstyd i hańba dla całej rodziny! A to był dopiero początek.

Dezerter i symulant

Oswin Zanker musiał użyć swoich wpływów i pieniędzy, by wybawić jedynaka z opresji. Manfred tłumaczył przed sądem, że chciał przedostać się do Afrika Korps. Po trzech miesiącach do więzienia przyjechał ojciec i zawiózł syna prosto do hufca pracy pod Dreznem.
Tam młody Zanker zdobył reputację największego symulanta. Nacierał termometr i wmawiał wszystkim, że ma gorączkę. Wiedział, że na termometrze nie może być więcej niż 38 stopni, bo wtedy zmienia się puls i lekarz może wykryć oszustwo. Udawał też atak wyrostka robaczkowego, aż skierowano go na operację. Szpital był lepszy niż codzienna musztra.
Zamiast hufca pracy Manfreda skusiła piękna Szwajcaria... niestety, nie udało mu się przekroczyć zielonej granicy. Na fotografii hotele w szwajcarskim Leysin (źródło: domena publiczna).
Zamiast hufca pracy Manfreda skusiła piękna Szwajcaria… niestety, nie udało mu się przekroczyć zielonej granicy. Na fotografii hotele w szwajcarskim Leysin (źródło: domena publiczna).
W połowie 1943 roku, kilka miesięcy po ogłoszeniu przez Goebbelsa wojny totalnej, Manfred został szeregowcem w Batalionie Saperów 154 Dywizji Piechoty. Początkowo stacjonował pod Dreznem, po kilku miesiącach jego batalion przeniesiono w okolice Przemyśla.
Szeregowiec Zanker miał już przećwiczony bogaty repertuar sztuczek. Udawanie chorego szło mu tak znakomicie, że przełożeni wysłali go na dwa tygodnie do sanatorium w Krynicy, gdzie kurował się wraz z żołnierzami rannymi na froncie wschodnim. Tam zaczął uczyć się polskiego.

 W 1942 roku Manfred skończył osiemnaście lat. Armia potrzebowała takich jak on – wyrośniętych, zdrowych młokosów. Otrzymał wezwanie do hufca pracy w okolice Gdańska. Postanowił, że zamiast tego, ucieknie do Szwajcarii przez zieloną granicę. Niemcy go złapali i za próbę ucieczki trafił do aresztu.

 W 1944 roku losy II wojny światowej były już przesądzone. W tym czasie Manfred Zanker stacjonował w koszarach w Sandomierzu i miał przed sobą tylko jeden cel – nie dać się zabić. Jego głównym obowiązkiem było pilnowanie Polaków kopiących okopy. Nie było to zajęcie zbyt angażujące.
Zanker był tak przekonującym symulantem, że trafił nawet do sanatorium w Krynicy! Tu zaczął uczyć się polskiego (źródło: Narodowe Archiwum Cyfrowe, domena publiczna).
Zanker był tak przekonującym symulantem, że trafił nawet do sanatorium w Krynicy! Tu zaczął uczyć się polskiego (źródło: domena publiczna).
Jeden z Polaków mówił bardzo dobrze po niemiecku. Manfred prosił go o pomoc w pisaniu listów do polskiej dziewczyny, która wpadła mu w oko. Uczynny Polak nazywał się Tadeusz Pfeiffer i działał w AK. Podobnie jak jego matka, pani Irena, prowadząca w Sandomierzu stołówkę, do której często wpadał na obiad szeregowiec Zanker.
To właśnie im młody niemiecki żołnierz zaczął opowiadać o swoich wojennych perypetiach, rodzinie, matce, która między wierszami pisała w listach, by nie ryzykował. W Sandomierzu, po raz pierwszy od czasów historii ze Szwajcarią, zaświtała mu myśl o ucieczce. Tym bardziej, że teraz miał dokąd – okoliczne lasy roiły się od polskich partyzantów, słynnych „Jędrusiów”. Manfred postanowił zostać jednym z nich.
W okolicznych lasach roiło się od partyzantów. Manfred Zanker, syn nazisty, postanowił dołączyć do oddziału "Jędrusiów". Na zdjęciu: Zdzisław de Ville "Zdzich" z oddziału "Jędrusiów" (fotografia pochodzi z archiwum fotograficznego Stefana Bałuka. Źródło: domena publiczna).
W okolicznych lasach roiło się od partyzantów. Manfred Zanker, syn nazisty, postanowił dołączyć do oddziału „Jędrusiów”. Na zdjęciu: Zdzisław de Ville „Zdzich” z oddziału „Jędrusiów” (fotografia pochodzi z archiwum fotograficznego Stefana Bałuka. Źródło: domena publiczna).

Ucieczka do lasu

Akowcy bacznie go obserwowali i zgłosili jego przypadek do swojego szefa – Leona Torlińskiego „Kreta”, który był przed wojną oficerem wywiadu. „Kret” musiał osobiście spotkać Manfreda. Postawił też twarde warunki – zostanie przyjęty do „Jędrusiów”, jeśli przyniesie ze sobą trzy karabiny maszynowe, najnowszy wynalazek Niemców.
Ucieczkę z Wehrmachtu zaplanowano na 13 lipca 1944 roku. Wraz z Manfredem zdezerterowali Ślązak Jerzy Pyka oraz Robert Toman z Lotaryngi. Wszyscy trzej mogli zostać w lesie razem z partyzantami, lecz tylko Zankera przyjęto do konspiracji. Partyzanci nadali mu żartobliwy przydomek „Malutki”, bo miał prawie 2 metry wzrostu.
Żołnierze oddziału "Jędrusiów" z ręcznymi karabinami maszynowymi. Czy to te ukradzione przez Manfreda? (źródło: Narodowe Archiwum Cyfrowe, domena publiczna).
Żołnierze oddziału „Jędrusiów” z ręcznymi karabinami maszynowymi. Czy to te ukradzione przez Manfreda? (źródło: domena publiczna).
Manfred nie rwał się do wojowania. Zapowiedział od razu, że nie będzie strzelać. On chciał po prostu przeżyć wojnę – opowiada Jerzy Lech Rolski, partyzant o pseudonimie „Babinicz”, jeden z ostatnich żyjących „Jędrusiów”. „Malutki” sprawdzał się za to na innym polu.
„Babinicz” wspomina, jak Manfred chodził kraść kury. Partyzanci przeważnie kupowali żywność od chłopów, ale czasem się nie udawało, a jeść było trzeba. Kurom rzucano ziarno maczane w spirytusie, wtedy się przewracały i można było je łatwo złapać do worka. By zaimponować kolegom, Manfred ukradł nawet konia dowódcy oddziału niemieckiego, który kwaterował w pobliskim majątku.
Manfred na pewno dużo lepiej odnajdował się wśród leśnych partyzantów niż w Hitlerjugend. Na zdjęciu: oddział "Jędrusiów" w Lasach Turskich (źródło: Narodowe Archiwum Cyfrowe, domena publiczna).
Manfred na pewno dużo lepiej odnajdował się wśród leśnych partyzantów niż w Hitlerjugend. Na zdjęciu: oddział „Jędrusiów” w Lasach Turskich (źródło: domena publiczna).

Chwile grozy

Do „Jędrusiów” szeregowiec Zanker trafił w najgorszym okresie. Oddziały partyzanckie były już tak liczne, że trudno było im się ukrywać. Nad świętokrzyskimi lasami często krążyły samoloty niemieckie. Jerzy Lech Rolski wspomina, jak granat niemiecki wpadł do garnka, w którym gotowano kaszę. Wielu partyzantów ucierpiało wówczas od poparzeń.
Największe chwile grozy Manfred przeżył, gdy po zachorowaniu na czerwonkę przebywał na rekonwalescencji w Białym Ługu. Niespodziewanie do majątku przybyli Niemcy. Na szczęście nie mieli pojęcia, że ukrywa się tam dezerter poszukiwany listem gończym. „Malutki” udawał robotnika. Gdy żandarmi legitymowali po kolei wszystkich Polaków, Manfred pokazał dokument stwierdzający, że jest wysiedleńcem z Warszawy.

W styczniu 1945 roku „Jędrusie” złożyli broń. Armia Krajowa została rozwiązana. Zanker był blisko osiągnięcia swojego celu – przeżycia wojny. Ale sytuacja znów się skomplikowała. Nie mógł przyznać się przed Sowietami, że jest Niemcem. Nie najlepszym posunięciem było też przyznanie się do działalność w AK.
Ostatnie zdjęcie dawnego oddziału "Jędrusiów", wówczas już 4 kompanii 2 batalionu 2 Pułku Piechoty Legionów Armii Krajowej, wykonane przed rozwiązaniem oddziału w Lasach Siekierzyńskich (źródło: Narodowe Archiwum Cyfrowe, domena publiczna).
Ostatnie zdjęcie dawnego oddziału „Jędrusiów”, wówczas już 4 kompanii 2 batalionu 2 Pułku Piechoty Legionów Armii Krajowej, wykonane przed rozwiązaniem oddziału w Lasach Siekierzyńskich (źródło: domena publiczna).

Rosyjski szpieg, niemiecki szpieg

Za namową kolegów partyzantów udawał Anglika. Mówił, że pochodzi z Cardiff i jego samolot został zestrzelony. Rosjanie oddali mu więc przysługę i zawieźli do Częstochowy, gdzie przebywali angielscy jeńcy. Tam poproszono go, by wymienił stacje na linii kolejowej Londyn-Cardiff. Manfred nie odpowiedział. Anglicy uznali go za rosyjskiego szpiega i zabrali razem ze swoimi jeńcami do ambasady Wielkiej Brytanii w Moskwie. Tam opowiedział swoją wojenną historię, w którą nikt nie uwierzył.
Trafił do owianego złą sławą więzienia NKWD na Łubiance. Po latach wspominał, że nie było tam tak źle: każdy miał swoje łóżko i pościel. Dawali jeść i nie bili. Ale zagrożenie było jednak wielkie – Rosjanie podejrzewali, że Zanker to szpieg. Tłumaczył, że jest Niemcem z Budziszyna. Udało się to potwierdzić, gdy Armia Czerwona weszła do jego rodzinnego miasta.

Może i nie szpion, ale socjalnoopasnyj (element podejrzany) – zawyrokowali Sowieci – a więc pięć lat łagru na Syberii. Jak wspomina Maciej A. Zarębski, autor książki „Z wizytą u Mafreda”, mogło być gorzej. Szkodliwy element polityczny, szpiegostwo, terror – przy takich zarzutach, kara śmierci murowana.

Siedem lat Sybiru za worek ziemniaków

Manfred trafił w okolice Nowosybirska. Po trzech latach odbywania kary ukradł worek ziemniaków, gdy wracał z pracy w polu. Strażnicy zazwyczaj przymykali na to oko. Ale tego dnia zarządzono kontrolę. Odebrano Manfredowi zdobycz i zasądzono nową karę – rok za każdy ukradziony kilogram. W worku było siedem kilogramów…
Łubianka - obecna siedziba FSB, niegdyś KGB i NKWD w Moskwie. W podziemiach tego budynku zamordowano wielu więźniów politycznych, w tym licznych Polaków. Tu przetrzymywano też podejrzanego o szpiegostwo Manfreda Zankera (źródło: domena publiczna).
Łubianka – obecna siedziba FSB, niegdyś KGB i NKWD w Moskwie. W podziemiach tego budynku zamordowano wielu więźniów politycznych, w tym licznych Polaków. Tu przetrzymywano też podejrzanego o szpiegostwo Manfreda Zankera (źródło: domena publiczna).
Wówczas zapowiadało się, że nie opuści Syberii przed 1957 rokiem. Jednak zwolniono go z łagru w 1953 roku, po śmierci Stalina. Wrócił do rodzinnego domu w Budziszynie, gdzie czekała na niego matka. Ojciec powiesił się w 1945 roku po kapitulacji Niemiec.

Wesoły dziwak Manfred Zanker

Po wojnie Manfred Zanker studiował slawistykę w Berlinie. Został tłumaczem przysięgłym języka rosyjskiego. Języka, którego nauczył się dobrze podczas ośmiu lat spędzonych na Syberii. Przekładał dla Willy’ego Brandta, kanclerza RFN.
Gdyby Oswin Zanker otrzymał takie zdjęcie od syna, pewnie pękł by z dumy. Manfred jednak nie podzielał zachwytu ojca Hitlerem. Na fotografii: niemiecki żołnierz Hans Hoff siedzi na zdobycznym radzieckim czołgu (źródło: Narodowe Archiwum Cyfrowe, domena publiczna).
Gdyby Oswin Zanker otrzymał takie zdjęcie od syna, pewnie pękł by z dumy. Manfred jednak nie podzielał zachwytu ojca Hitlerem. Na fotografii: niemiecki żołnierz Hans Hoff siedzi na zdobycznym radzieckim czołgu (źródło: domena publiczna).
W latach 90. odnowił kontakty z kolegami z lasu. Przyjeżdżał do Polski na spotkania „Jędrusiów”. Szczególnie upodobał sobie sanatorium w Busku-Zdroju, miejscu poleconym przez „Babinicza”. Miał tam opłacony pokój na cały rok, przyjeżdżał bez zapowiedzi i znikał, kiedy chciał. Wśród polskich znajomych uchodził za sympatycznego dziwaka.
Nosił długą brodę jak święty Mikołaj, albo golił ją i zapuszczał wąsy. Farbował sięgające ramion włosy albo golił głowę na zero. Nie przestrzegał pór posiłków, jadł, gdy zgłodniał. Wysyłał paczki z Niemiec – czekolady, figurki porcelanowe, wycinki z gazet – cokolwiek miał akurat pod ręką. Mówił mieszanką polskiego i rosyjskiego. Pięćdziesiąt lat po partyzantce nadal miał nadzieję, że opanuje polski perfekcyjnie – tak jak rosyjski. Zmarł 16 września 2007 roku w Berlinie.





Niemiecka inwazja na Polskę w 1939 roku w kolorze

Tak wyglądała Polska w pierwszych tygodniach wkroczenia wojsk niemieckich na nasze tereny.

#1. Most Pancera łączący twierdzę Modlin z Nowym Dworem Mazowieckim.


#2. Zniszczony czołg na ulicach Warszawy.

#3. Od prawej: Wilhelm Brückner - główny adiutant Hitlera, gen. Adolf Galland - dowódca lotnictwa, marszałek polny Albert Kesselring i gen. Johannes Blaskowitz. Wszyscy oglądają defiladę zwycięstwa.

#4. Pomnik Jana Kilińskiego w Warszawie.

#5. Gdynia, ulica Świętojańska.

#6. Polki czyszczą polską broń przejętą w twierdzy Modlin.

#7. Po prawej Heinrich Himmler rozmawia z nieznanym oficerem w Warszawie po jej zajęciu.

#8. Okolice Gdańska.

#9. Park, w którym mieszkańcy Warszawy chowali poległych.

#10. Adolf Hitler przygotowujący się do lotu na polski front.

#11. Okolice twierdzy Modlin.

#12. Polscy żołnierze i pielęgniarka Czerwonego Krzyża pojmani przez Niemców.

#13. Zbliżenie na Adolfa Hitlera podczas defilady w okupowanej Warszawie.

#14. Okolice Warszawy, znak wskazuje drogę do linii frontu.

#15. Defilada zwycięstwa po wkroczeniu do Warszawy. Hitler salutuje na platformie.

#16. Warszawskie ulice po ataku Niemców.

#17. Polscy uchodźcy - Warszawa.

#18. Żydowskie dzieci i kobiety w Gostyninie.

#19. Uchodźcy z okolic Warszawy po ataku Niemiec. Napis na znaku: "Strefa niebezpieczeństwa. Nie przechodzić."

#20. Ulica Warszawy w 1939 roku.

#21. Polscy żołnierze pojmani przez Niemców.

#22. Niedokończone polskie bombowce.

#23. Mieszkańcy Warszawy chowali zmarłych na ulicach i w parkach.

#24. Niemieccy żołnierze szykujący się do defilady zwycięstwa po inwazji na Polskę.

#25. Widok na okupowaną Warszawę.

#26. Okolice Sochaczewa.

#27. Pchli targ w Warszawie.

#28. Zniszczony most w okolicach Sochaczewa.

#29. Niemcy szykują się do zasiedlenia zajętych polskich terenów.

#30. Żołnierze pojmani przez Niemców.

#31. Polscy rolnicy uciekają przed wojskami niemieckimi.


Rudowłose piękności z całego świata

Mieszkający na stałe w Berlinie amerykański fotograf Brian Dowling podróżuje po świecie i uwiecznia naturalne piękno rudowłosych. W ramach projektu Redhead Beauty sfotografował już ponad 130 osób z 20 krajów.

#1. Sophie ze Stirling w Anglii



#2. Judith z Bredy w Holandii




#3. Krissy ze Stuttgartu w Niemczech




#4. Ruby z Essex w Anglii




#5. Sophee z Kalifornii




#6. Shannon z Sydney, Australia




#7. Lisa z Wiednia, Austria




#8. Daria z Petersburga w Rosji




#9. Aoife z Longford w Irlandii




#10. Ismee z Texel w Holandii




#11. Vanessa z RPA i Bridget z USA




#12. Laura z Virginii w USA




#13. Alina z Odessy, Ukraina




#14. Maria z Moskwy, Rosja




#15. Kim z Hamburga w Niemczech




#16. Madeline ze stanu Washington, USA




#17. Kristie z górzystego Glencoe w Szkocji




#18. I ponownie Kristie




#19. Dwie modelki z Melbourne w Australii




#20. Alina z Kijowa, Ukraina




#21. Masza w Petersburgu w Rosji




#22. Gracie z Howth w Irlandii




#23.




#24. Natasha z Londynu, Anglia




#25. Benedette z Włoch w czasie pobytu w Sydney w Australii




#26. Modelka Nastya Pindeeva nad Morzem Czarnym




#27. Ellie z Londynu, Anglia




#28. Elainna z Modesto w Kalifornii




#29. Tara z Liverpoolu w Anglii




#30. Elias z Belfastu, Irlandia Północna




#31. Thayana z Apucarany w Brazylii




#32. Beata z Warszawy




#33. Jessica z Londynu




#34. Carmen z Best w Holandii



Autor: Brian Dowling
Źródło: http://www.instagram.com/redheads
abcs