Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Historia. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Historia. Pokaż wszystkie posty

Zatrzymane w kadrze

#1. Montmartre, Paryż, 1952 rok. Fot. Robert Capa

Kliknij i zobacz więcej!

#2. Chicago, 1922 rok. Aresztowanie kobiet za noszenie strojów kąpielowych bez spódniczek.

Kliknij i zobacz więcej!


#3. Zdjęcie z koronacji królowej Elżbiety II, rok 1953. Fot. Cecil Beaton.

Kliknij i zobacz więcej!


#4. Wielka trójka przy torcie, Teheran, 1943 rok.

Kliknij i zobacz więcej!


#5. Członkowie Ku Klux Klanu, stojący w pobliżu płonącego krzyża podczas ceremonii inicjacji w Stone Mountain,  Atlanta, Georgia, 1946. Fot. Ed Clark.

Kliknij i zobacz więcej!


#6. Centralny Park Kultury i Wypoczynku imienia Gorkiego w dniu 20 maja 1960 roku. Kolejka przed wejściem na wystawę szczątków amerykańskiego samolotu szpiegowskiego U2, zestrzelonego 1 maja 1960 roku pod Świerdłowskiem (Jekaterynburg).

Kliknij i zobacz więcej!


#7. Pielgrzymi piją Coca Colę w Mekce, 1953 rok.

Kliknij i zobacz więcej!


#8. Czarny Piątek w Hollywood - krwawe zamieszki przed budynkiem studia Warner Brothers w Burbank, Kalifornia, 5 października 1945 roku.

Kliknij i zobacz więcej!


#9. Skutki eksplozji, która zabiła antymafijnego sędziego Giovanniego Falcone, jego żonę i trzech policjantów. Capaci, Włochy, maj 1992 roku.

Kliknij i zobacz więcej!


#10. Bejrut, Liban. Ochotnicy z Bangladeszu walczący z Palestyńczykami przeciwko Izraelczykom. 1982 rok.

Kliknij i zobacz więcej!


#11. Maria Skłodowska-Curie i prezydent USA Warren G. Harding, 1921 rok.

Kliknij i zobacz więcej!


#12. Zabójstwo Anwara Sadata, Kair, 6 października 1981 roku.

Kliknij i zobacz więcej!


#13. Członkowie specjalnej jednostki kolumbijskiej policji (Search Block) z ciałem Pablo Escobara, 2 grudnia 1993 roku.

Kliknij i zobacz więcej!


#14. Pogrzeb Michaiła Kałasznikowa, 27 grudnia 2013 roku.

Kliknij i zobacz więcej!


#15. Na planie filmu "Słomiany wdowiec" podczas kręcenia kultowej sceny z podwianą sukienką. Ujęcie to zostało wykorzystane do celów promocyjnych filmu, ale w samym filmie sukienka podnosi się jedynie nieco powyżej kolan Marilyn. 1954 rok.

Kliknij i zobacz więcej!


#16. Henry Ford (założyciel Ford Motor Co.), Thomas Edison (wynalazca), Warren G. Harding (prezydent USA) i Harvey Samuel Firestone (jeden z pierwszych światowych producentów opon samochodowych), 1921 rok.

Kliknij i zobacz więcej!


#17. Roman Polański odwiedza dom na Cielo Drive, gdzie jego ciężarna żona, Sharon Tate, została zamordowana przez wyznawców Charlesa Mansona, 1969 rok.

Kliknij i zobacz więcej!


#18. Niewidomy wyborca został przyniesiony do stoiska wyborczego podczas pierwszych wyborów powszechnych. Delhi, Indie, 14 stycznia 1952 r.

Kliknij i zobacz więcej!


#19. Afroamerykanie protestują przeciwko wojnie w Wietnamie podczas Harlem Peace March, 1967 rok.

Kliknij i zobacz więcej!


#20. Jedno z ostatnich spotkań szefów partii państw Układu Warszawskiego. Warszawa, 1988 rok. Fot. Zbigniew Matuszewski.

Kliknij i zobacz więcej!
Stoją od lewej:  Erich Honecker (NRD), Milosz Jakesz (Czechosłowacja), Michaił Gorbaczow (ZSRR), Wojciech Jaruzelski (Polska), Nicolae Ceausescu (Rumunia), Todor Żiwkow (Bułgaria) i Karoly Grosz (Węgry).

Niszczycielski huragan w centrum Moskwy

Tornada i trąby powietrzne kojarzą się nam raczej z odległymi Stanami Zjednoczonymi, a w naszych rejonach pojawiają się jedynie niepozorne "trąbki". Niestety nie zawsze tak jest - równie zaskoczeni byli mieszkańcy Moskwy, kiedy 29 czerwca 1904 roku na ich oczach z burzowych chmur zeszło na ziemię potężne tornado i zaczęło pustoszyć stolicę kraju.

#1. Prawdziwe zdjęcie (prawdopodobnie jedyne) moskiewskiego tornada



#2. Ten kościół był jedną z pierwszych ofiar - kompletnie zniszczony dach



#3. Tak po przejściu tornada wyglądała wieś Szagino (dziś dzielnica Moskwy)



#4. Park w dzielnicy Liublino



#5. I pobliski teatr



#6. Stacja kolejowa została zniszczona, a wiatr przewrócił 6 wagonów



#7.



#8.



#9. Burzy towarzyszyło gradobicie z bryłami lodu wielkości gęsich jaj



#10.



#11.



#12. Setki budynków zostało całkowicie zniszczonych



#13.



#14.



#15.



#16.



#17. Mapa pokazuje drogę, jaką przebyła trąba powietrzna

Źródło: http://moya-moskva.livejournal.com/

Wieś Jałówka i zniszczony kościół


Wieś Jałówka i zniszczony kościół


Wiele osób powie, że nie jest to takie do końca opuszczone miejsce. Otóż wygląda to tak, że raz do roku odbywa się tu msza odpustowa na św. Antoniego. Pozostałe 364 dni kościół stoi opustoszały i popada w ruinę, a opowiem wam dlaczego jest to bardzo ważne miejsce w naszej kulturze i historii i powinien ktoś zainteresować się, by chociaż nie zrównał się z ziemią.


Niegdyś Jałówka była dobrze prosperującym miastem. Otrzymała prawa miejskie w 1545 roku. W czasie powstania styczniowego zaś była miejscem zgrupowania polskich powstańców-patriotów. O tym jak dużą miejscowością była Jałówka kiedyś może świadczyć to, że funkcjonowały tutaj dwa kościoły, dwie synagogi i cerkiew. Przed drugą wojną światową mieszkało tutaj 4000 ludzi.


Kościół pw. św. Antoniego rozpoczęto budować w 1910 roku gdy ks. prob. Józef Kartanowicz przejął tę parafię. Ostatecznie kościół poświęcono w roku 1919. Po odzyskaniu przez Polskę niepodległości powstał pewien konflikt, gdyż drugą parafię przemianowaną kiedyś na cerkiew oddano Kościołowi Katolickiemu i tym oto sposobem w Jałówce funkcjonowały dwie parafie. Sytuacja ta zmieniła się gdy w 1944 roku wycofujące się wojska niemieckie wysadziły wieżę kościoła, co doprowadziło do jego całkowitego zniszczenia. Po decyzji władz kurii w 1957 roku o nieodbudowywaniu zniszczonej świątyni miejscowa ludność skupiła się wokół parafii Przemienienia Pańskiego.


Sam kościół św. Antoniego został wybudowany w stylu neogotyckim-nadwiślańskim. Styl ten dominował w końcówce XIX i na początku XX wieku. Jak można się łatwo domyślić jest to okres kwitnącego zaboru naszego kraju. Powszechnym w zaborze rosyjskim był zwyczaj przemieniania kościołów na cerkwie. Postępująca w ten sposób rusyfikacja była nie na rękę mieszkańcom narodowości polskiej. Car oczywiście wydawał pozwolenia na budowę kościołów (oficjalnie bardzo niechętnie), ale miał w tym swój interes. W kwestii ekonomicznej leżało to, by ludzie za własne pieniądze wybudowali kościół, żeby potem niskim kosztem poniesionym przez cara przemienić go w cerkiew.


Styl neogotycki-nadwiślański był czymś co znamy z czasów dzisiejszych, mianowicie obejściem przepisów i problemów w bardzo prosty sposób. Problem wyglądał tak: Każdy kościół przemianowują na cerkiew, wybudujmy więc coś czego się na cerkiew przerobić nie da.
Obliczono więc, że przebudowanie samych wież o strzelistym kształcie na prawosławne kopuły będzie kosztować więcej, niż wybudowanie nowej cerkwi. Pomysł okazał się strzałem w dziesiątkę i żaden z kościołów wybudowanych w tym stylu nie stał się cerkwią.


Gdy ktoś studiuje urbanistykę albo się tym interesuje to polecam odwiedzić tę miejscowość nie tylko ze względu na kościół, ale też na miejski układ przestrzenny z XVI wieku, który jest dobrze widoczny w obecnej wiosce.



Przetestujmy cierpliwość zaborcy

Skoro wspomniałem już o stylu neogotyckim-nadwiślańskim grzechem byłoby nie wspomnieć o sztandarowym przykładzie z Białegostoku. Opowiedzmy krótko historię naszej katedry.

Kościół pod wezwaniem Najświętszej Maryi Panny, rok 1890

Według postanowień traktatu w Tylży z roku 1807 Białystok i okoliczne tereny zostają przejęte przez zabór rosyjski. Jako że było to najdalej wysunięte na zachód miasto w zaborze rosyjskim szybko stało się miejscem emigracji ludności i przemysłu. Zwiększająca się liczba ludzi to także zwiększająca się liczba wiernych. Obecny kościół NMP był o wiele za mały. Parafia posiadała już 12 tysięcy wiernych, a miejsca w kościele było na niecały tysiąc. Złożono więc plany rozbudowy świątyni. W 1896 roku projekt zostaje wysłany do kurii w Wilnie, która następnie wysyła go do gubernatora w Grodnie.

Plan zakładał wybudowanie całkiem nowej świątyni w stylu neogotyckim-nadwiślańskim. Wierni musieli jednak poczekać, gdyż rok później Białystok miał wizytować car Mikołaj II. Przychylił się on do prośby mieszkańców, lecz zgodził się jedynie na lekką rozbudowę istniejącego już kościoła NMP.

Pozwolenie pozwoleniem, ale potrzeby wiernych zaspokoić należy. Ma być dobudówka? No to będzie.


Plany budowy katedry zostały przemianowane i ze starej świątyni usunięto prezbiterium, by w owe miejsce dostawić "dobudówkę". Budowę zakończono w 1905 roku, lecz pełnego poświęcenia dokonano dopiero w 1931 r.

Widok na rynek Kościuszki i kościół Farny, 1942 r.

Słynnej w Białymstoku "Farze" jako jednej z nielicznych budowli udało się przetrwać II WŚ w nienaruszonym stanie. Jak widać na załączonym zdjęciu owej budowli nie dało się w żaden sposób przemianować na cerkiew. Piękny przykład neogotyku. Robi naprawdę niesamowite wrażenie stojąc u jej fundamentów.


Gdy kiedyś przyjedziecie do Białegostoku lub w nim mieszkacie zastanówcie się nad tą historią.
Wielka, okazała i piękna katedra jest przekrętem budowlanym z początku XX w.



Jak to Polacy fałszywą epidemię tyfusu wywołali

W 1942 roku przed wioskami niedaleko Stalowej Woli ustawiona była niemiecka tablica „Uwaga! Tyfus plamisty”. Jak to się stało, że Niemcy dali się oszukać i uwierzyli w fałszywą epidemię?

Wszystko to za sprawą dwóch osób: Eugeniusza Łazowskiego oraz Stanisława Matulewicza. Ten drugi został w 1941 roku przydzielony do pracy w Zbydniowie, miejscowości położonej niedaleko Stalowej Woli. Matulewicz był bardzo zainteresowany przeprowadzaniem badań diagnostycznych. Jeszcze na studiach wielokrotnie wykonywał test Weila – Feliksa, który był standardową metodą wykrywania tyfusu. Polegał na mieszaniu próbki krwi pacjenta z zawiesiną bakterii Proteus OX-19. Gdy surowica zbijała się w grudki, wtedy było wiadomo, że pacjent jest zarażony.

Niemiecka armia bardzo obawiała się tyfusu plamistego. Przed wybuchem wojny praktycznie nie znali tej choroby, ale wojenne warunki, brud czy brak ogólnie pojętej higieny łatwo powodował zapadanie na tę chorobę. Było się czego obawiać, bo objawiał się gorączką, bólem głowy, wysypką na ciele. Chory w kilka dni chudł, majaczył, by potem stracić przytomność. W najgorszym przypadku kończył się śmiercią. Tyfus, przenoszony przez wszy, to jedna z bardziej groźnych chorób zakaźnych. Gdy kogoś podejrzewano o chorobę, to nie wpuszczano go do Rzeszy. Chorzy żołnierze byli poddawani natychmiastowej kwarantannie, a ich ubrania były palone.


Pewnego razu Matulewicz spotkał się z Łazowskim i powiedział mu, że przyszedł do niego mężczyzna, który przyjechał na krótki urlop z przymusowych robót. Prosił doktora o znalezienie sposobu, by nie musiał już wracać do pracy. Okaleczenie mężczyzny oczywiście nie wchodziło w grę, więc Matulewicz zaproponował wstrzyknięcie bakterii Proteus. Okazało się, że po wstrzyknięciu zarazków takiej osobie wychodził pozytywny wynik w teście na tyfus plamisty, chociaż choroby tak naprawdę nie było. W ten sposób obydwaj lekarze zdecydowali, że wywołają sztuczną epidemię.

Na przełomie 1941 i 1942 roku obaj lekarze wywołali sztuczną epidemię. Niemcy dali się nabrać i poddali miejscowość kwarantannie. Matulewicz i Łazowski nie byli naiwni. Wiedzieli, że Niemcy będą w końcu coś podejrzewać. Kiedy „chorzy” zdrowieli, dwaj lekarze mówili, że były to łagodne przypadki. Zdecydowano się także wstrzykiwać zarazki pacjentom umierającym na inne choroby, wmawiając okupantowi, że przyczyną był tyfus plamisty. Zresztą laboratorium w Tarnobrzegu potwierdzało ich diagnozę wykonując test Weila – Feliksa.

W 1943 wokół Stalowej Woli pojawiły się tabliczki „Uwaga, tyfus plamisty”. W ten sposób zabroniono dostępu do dwunastu miejscowości, które zamieszkiwało 8 tys. ludzi. Niemcy szerokim łukiem omijali „zarażony” teren. Dzięki temu mieszkańcy wsi byli bezpieczni – nie bali się już rewizji, łapanek i kontrybucji.

W 1944 roku Niemcy postanowili skontrolować pracę przy pomocy swoich lekarzy. Inspekcja miała mieć miejsce w Turbi. Łazowski wcześniej pojechał do tej miejscowości i wstrzyknął kilku osobom zarazki. Później poprosił niemieckich lekarzy, by sami pobrali próbki. Jednak ci zbyt obawiali się zarażenia i bardzo szybko pobrali potrzebny materiał, by jak najszybciej opuścić teren rzekomej epidemii. Następnie wysłali próbki do laboratorium. Dały oczywiście pozytywny wynik. Polscy lekarze byli uratowani.

Warto jeszcze wiedzieć, jak potoczyły się losy Łazowskiego i Matulewicza po wojnie. Łazowski pracował w Instytucie Matki i Dziecka, a w 1958 wyemigrował do Stanów Zjednoczonych. Matulewicz natomiast wyjechał do Belgii, by następnie trafić do ówczesnego Zairu, gdzie był cenionym rentgenologiem.

Źródło: S. Zasada, Niewyjaśnione fakty II wojny światowej, Poznań 2012

L’onda della morte - śmiertelna fala

Wszyscy znają Włochy. Florencja, Rzym, pizza, Neapol, mozzarella, prosciutto itd. Oczywistym jest, że Włosi byli i są zawsze uśmiechnięci, bo dolce vita, sole e la spiaggia. Jednak nie wszystkie karty historii przysparzają dumy i wcale nie trzeba się cofać do czasów wojen.



Nie, nie będzie też o faszyzmie. Ta historia została napisana przez człowieka, a natura dopowiedziała resztę.

Słowo tragedia zawsze już będzie kojarzyć się z datą 9 października 1963...


Godzina 22:39 - Longarone u stóp wąwozu Vajont, 100 km na północ od Wenecji, na pograniczu regionów Friuli i Veneto, jedni siedzą jeszcze w barze i oglądają finał Ligi Mistrzów Real Madrid - Glasgow Rangers, niewiele rodzin może sobie pozwolić na telewizor, inni szykują się po prostu do snu. Wieczór jakich wiele – tak mogłoby się wydawać, ale nim nie będzie, na pewno nie dla mieszkańców Erto, Casso, Longarone, Castellavazzo.

Proboszcz Casso, osady leżącej naprzeciw zbocza góry Monte Toc słyszy hałas i wygląda przez okno. Nie wierzy własnym oczom, widząc jak cały las szerokości ok. 2 km u podnóża góry "zjeżdża" w dół. Po niespełna 20 sekundach 260 milionów metrów sześciennych skał, ziemi i drzew z prędkością 100 km/h uderza w sztuczne jezioro Vajont.

Pierwsza fala utworzona przez osuwisko osiąga 250 m wysokości i wzbijając w powietrze 100-kilogramowe głazy zawisa na moment nad Casso, po czym z impetem uderza w szkołę podstawową. Deszcz skał bombarduje domy dziurawiąc dachy i raniąc wiele osób, woda dopełnia reszty, zabierając wszystko, co znajduje się poniżej szkoły, również drogę. Drugie czoło fali uderza w tym samym momencie w leżącą obok wioskę Erto. Skały tuż przed wioską zmniejszają nieco siłę żywiołu, ale leżące obok mniejsze osady ludzkie nie mają najmniejszych szans - woda i błoto zbiera pierwsze żniwo 347 zabitych.



Trzecia fala kieruje się wprost na zaporę. Ściana wody, przewyższająca wysokość tamy ponad 150 m z łoskotem przewala się przez koronę Vajont, zabierając ze sobą punkt kontrolny i drogę komunikacyjną. Zapora jakimś cudem pozostaje nietknięta, ale teraz niszczycielska siła nie ma na swojej drodze już nic co mogłoby uratować leżące u stóp góry niespodziewające się kataklizmu Longarone i Castellavazzo. Oglądający jeszcze przed chwilą mecz ludzie zostają pozbawieni najpierw prądu. Wychodząc na papierosa w oczekiwaniu na być może rychłą naprawę patrzą w górę w kierunku Vajont. Ktoś zauważa błyski w ciemnościach – pewnie idzie burza, mówi ktoś inny. Nie wiedzą, że woda właśnie zniszczyła linie wysokiego napięcia. 50 milionów metrów sześciennych wody o wysokości już "tylko" 70 m pcha przed sobą ścianę powietrza. Wilgotny wiatr o zapachu ziemi zatyka oddech, a dudnienie nadchodzące z gór nie pozostawia wątpliwości palącym papierosy, że będzie burza.

22:43 nadchodzi woda, 4 minuty od przejścia przez tamę, z prędkością 80 km/h wściekła błotna kipiel zmiata z powierzchni ziemi Longarone i Castellavazzo, wspina się jeszcze na przeciwległe zbocze, aby za chwilę opaść i pozostawić w ciszy całą dolinę...

Nie tylko brak domów i ludzi, fala uderzeniowa o sile dwóch bomb z Hiroszimy wymiotła do gołej skały również całą wegetację.


Z osady Pirago pozostała jedynie dzwonnica. Longarone wraz z otaczającymi frakcjami, liczące ponad 2000 istnień ludzkich, przestało istnieć... w niecałe 5 minut od lawiny.



0:15 nadchodzi pierwsza pomoc z oddalonego o 24 km Pieve di Cadore – 7 batalion "Alpini di Cadore", w przeciągu następnych 2 godzin kolejne oddziały z Belluno, łącznie zmobilizowano 850 jednostek, w tym 271 pojazdów i urządzeń mechanicznych, 3 helikoptery, dźwigi, pompy, piły.


Rozpoczynają się poszukiwania rannych i wydobywanie zwłok z błota, spod skał i rumowisk, wiele ciał trzeba ściągać z drzew. Na miejscu jest policja, straż, lekarze i księża.

5:00, 10 października – Poranek odsłania ogrom zniszczeń, powyginane szyny kolejowe, zwłoki dosłownie wszędzie, zwisające korpusy ludzkie, zmasakrowane przez spadające głazy, porwane przez nurt samochody, maszyny rolnicze. Rozpoczyna się bolesny rytuał identyfikacji. Pośród zawodzenia nielicznych, którzy przeżyli, słychać księży udzielających w naprędce ostatnich sakramentów. Ciała są segregowane i przygotowywane do pochówku. Miejsca na sąsiednich cmentarzach nie wystarczy, trzeba szybko zorganizować nowe.
Radio donosi o kataklizmie wywołanym zniszczeniem tamy.

Nikt w nocy nie patrzył w górę na tamę, wszyscy byli przekonani, że ta runęła, tymczasem...

ZAPORA WCIĄŻ STOI...





Zapora łukowa Vajont, odlana z betonu, to najprawdopodobniej jedna z niewielu rzeczy wykonanych prawidłowo.

Przed jej wybudowaniem oraz po doszło do rozlicznych zaniedbań, naginania faktów oraz oczywiście braku respektu dla natury.

...a więc DLACZEGO? Wróćmy na oś czasu...

1929 r. – SADE (Società Adriatica di Elettricità), firma prywatna założona przez hrabiego Giuseppe Volpi, wskazuje dolinę Vajont jako idealne miejsce na wzniesienie zapory, strategicznego elementu w kompleksie hydrogeologicznym w Dolomitach; Hrabia Volpi zdobył majątek na handlu tytoniem, ale jego ambicje polityczne wymagają finansowania, rozpoczynają się prace projektowe; entuzjazm w poszukiwaniu źródeł energii przerywa wojna.

1946 r. – chaos w związku z upadkiem faszyzmu i ucieczka króla Włoch sprzyja pobieżnej analizie projektu i po zatwierdzeniu ministerialnym prezydent Włoch Enrico De Nicola podpisuje zgodę na budowę, rozpoczyna się wykup gruntów i pierwsze protesty mieszkańców, kontrargumenty to oczywiście rozwój regionu – jak zwykle. Kto słuchałby nic nie znaczących opowieści o górze, która wydaje z siebie dziwne odgłosy.

Kto przejmowałby się nazwą, która już sama w sobie coś sugerowała – Monte (góra) Toc, w dialekcie Friuli człon ten oznacza coś, co jest uszkodzone, rozkawałkowane lub wręcz "zgniłe" czy podmokłe – patoc.





1957 – początek prac budowlanych, w międzyczasie SADE występuje o modyfikację projektu, to jest zwiększenie pojemności zbiornika i podwyższenie zapory z 200 m na 260 m, które oczywiście zatwierdzono. Przed końcem 1957 prace ruszają pełną parą, pomimo braku kompletnej analizy hydrogeologicznej.




1959 r. – pierwsza lawina o kubaturze 3 mln m3 schodzi w dolinę zabijając 1 robotnika. W trakcie całej budowy ginie na skutek wypadków łącznie 15 osób. Notatka w gazetach kończy się doniesieniem SADE o rozpowszechnianiu przez dziennikarzy fałszywych i tendencyjnych informacji. Komisja sądowa domaga się szczegółowej relacji technicznej, gdyż zapora jest właściwie gotowa. Geotechnik Leopold Muller przedstawia serię wątpliwości dotyczących stabilności zbocza Monte Toc. Jego opracowanie podkreśla występowanie warstw łupków i gliny w strukturze góry zwiększając drastycznie, w połączeniu z wodą, możliwość ześlizgu. Tymczasem inżynier Carlo Semenza, główny projektant zapory, powołuje swoich biegłych, SADE odrzuca argumenty Mullera – tylko wierzchnia warstwa około 10 cm jest niestabilna – nikomu nic nie grozi.

1960 r. – pierwsze próby z lustrem wody na poziomie 595 m n.p.m. wypadają pomyślnie – kolejna pozytywna relacja biegłych SADE – geolog Semenza konkluduje podniesienie poziomu do 660 m n.p.m.

1960 r., 4 listopada – druga lawina 700 000 m3 powoduje powstanie 2,5 km szczeliny w kształcie litery "M" na zboczu Monte Toc, geolodzy proponują, aby ustabilizować osuwisko obniżając poziom wody

1963 r., wrzesień - po serii eksperymentów z obniżaniem wody uznano, że osuwisko ostatecznie ustabilizowano. Dodatkowe prace w postaci zastrzyków cementu i wykonanie tuneli drenażowych utwierdzają, że można powrócić do założonych w projekcie poziomów wody, czyli 710 m n.p.m. Tym samym wszystko jest gotowe do największej w historii katastrofy.

1963 r., 9 października - od tego dnia do dziś zapora Vajont będzie nazywana we Włoszech "diga del disonore", czyli haniebna zapora. Blisko 2000 osób pogrzebanych żywcem w błocie i kamieniach





Historia procesu wytoczonego decydentom wykracza poza ramy tej relacji, dość powiedzieć, że pierwszy wyrok skazywał jedynie 2 osoby - Alberico Biadene i Francesco Sensidoni (5 lat pozbawienia wolności); SADE w międzyczasie zmieniło status stając się spółką państwową (ENEL), co utrudniło dodatkowo dochodzenie; część procesów trwa do dziś, bo pojawiły się doniesienia o celowym spowodowaniu kataklizmu... Dekret premiera Gliuliano Armato w 2000 r. przewiduje wypłatę 77 miliardów lirów przez ENEL na poczet szkód ekonomicznych, środowiskowych i ofiar tragedii.

Strefa cyfr

1910 – oficjalnie potwierdzona liczba ofiar, w tym 15 robotników, którzy zginęli jeszcze w czasie budowy, szacunki mówią o 2200 osobach

Dane liczbowe osuwiska skalnego

2 km2 - powierzchnia
260 mln m3 - objętość
2 km - długość
150 m - średnia wysokość
160 m - wysokość spiętrzenia
72-90 - km/h prędkość opadania

Dane fali

250 m – wysokość max
150 m – wysokość min
50 mln m3 – ilość wody, która przelała się przez koronę zapory
80–100 km/h - prędkość przemieszczania się w dół doliny

Dane zapory Vajont

3,4 m - grubość szczytu zapory
22,1 m – grubość zapory u podstawy
264,6 m – wysokość całkowita zapory, w momencie oddania (1959 r.) była najwyższa na świecie
261,6 m – wysokość spiętrzonej wody
712 m - max wysokość lustra wody nad poziomem morza
168 mln m3 – max pojemność zbiornika Vajont
400 000 m3 – ilość materiału skalnego usuniętego w celu wykonania fundamentów
360 000 m3 – ilość betonu zużytego do wykonania konstrukcji
3 mld lirów - koszt wzniesienia zapory
22 mld lirów – szacowana kwota odszkodowań wypłacona i wypłacana po dzień dzisiejszy



Źródła: http://dentroilvajont.focus.it/index.html , http://www.vajont.net/ ,
abcs